Spowiedź Heretyka

piątek, 24 maja 2013 Category : , , , , , , 0

Za pośrednictwem mojego dobrego kolei wpadła mi ostatnio w łapy książka - wywiad z Nergalem. Pana nie trzeba nikomu przedstawiać i chociaż unikam takich "celebryckich" publikacji postanowiłam jednak zapoznać się z przepięknie wydaną wersją pt. "Spowiedź heretyka"

Jak wiadomo są wywiady i WYWIADY. Na mojej półce czeka z utęsknieniem obszerna książka - kloc "Tako rzecze ... Lem" a czeka tylko i wyłącznie, dlatego, ponieważ chce maksymalnego spokoju i wyciszenia by chłonąć każde słowo tego genialnego pisarza. W dzisiejszych czasach jak wiadomo o to trudno. Nie mniej jednak, jako licealistka byłam fanką Behemotha i z paru koncertów tez mam fajne wspominania. Stwierdziłam, że mogę jednak poświęcić na tą lekturę parę godzin.

Z perspektywy fana kapeli i samego Nergala jest to ważna publikacja. Każdy ma swoich idoli i ciekawy jest jak potoczyło się ich życie i jakie mają wspomnienia i od czego rozpoczęła się ich droga do sukcesu. Dla takiego czytelnika jest to pozycja obowiązkowa szczególnie, jeśli dołączona do niej jest ogromna ilość zdjęć. Pod kątem edycji i samej oprawy graficznej jestem bardziej niż zadowolona, przez co pochwały należą się tym, którzy ze strony wydawnictwa (albo samego autora) byli za to odpowiedzialni.

Mam problem. Z jednej strony książka mi się podobała, ponieważ czytało mi się ją wyjątkowo szybko. Z drugiej strony nie była to jakaś wielka literatura. Ot takie rozmowy przy piwku Adama wraz ze znajomymi. Nergal jako człowiek w moim odczuciu oczytany, obyty i maksymalnie ciekawy - pokazuje się, jako zwykły człowiek z pasją i sukcesami. Nie jest to rozmowa wydumana z cyklu "ą i ę - bułkę przez bibułkę" i przez to czytelnik wchodzi w nią jak w masło. Zresztą sam bohater nigdy się nie kreował na jakiegoś wybitnego intelektualistę, prekursora czy chuj wie, kogo. Przez to wszystko jest to publikacja myślę (mam nadzieje) autentyczna.

Z wywiadami tego typu zawsze wiążę się ogromne ryzyko. Czy oby nie jest to tylko sposób na zdobycie fanów albo kupienie nowych. Opakowane w cukierkowate hasła "książki o życiu" stają się coraz bardziej modne, ale większość z nich kończy z naklejką "przecena" w jednym z biedronkowych koszy. Jedyne, co może bawić to ta cała otoczka, jaka miała miejsce w czasie promocji. Perfekcyjnie przygotowane filmy reklamowe mogły sprawiać wrażenie, iż w środku spotkamy się z poważną debatą na nurtujące Nergala problemy. Niestety z tego punktu widzenia zawód był i to ogromny. Do oceny autentyczności tego typu książek tez trzeba podchodzić delikatnie, bo wiadomo PR rozwija się świetnie i cholera wie czy taka publikacja nie jest chociażby narzędziem do budowania marki danej osoby publicznej.

Niemniej jednak myślę, że z osobą przedstawioną w tej książce na stopie prywatnej dogadałabym się całkiem dobrze, pytanie tylko czy ona istnieje naprawdę czy w wyobraźni samego autora.

Wampirzy weekend

niedziela, 19 maja 2013 Category : , , , 0

Wampiry. Jezu jak ja kocham wampiry. Najpierw namieszały mi w czerepie za dzieciaka a teraz spędzam wyjątkowo stresujący weekend katując się "Pamiętnikami Wampirów". Kiedyś mnie denerwowało to jak główna bohaterka wymawia słowo "Stefan”, ale przysięgam czasami muszę pooglądać bzdury. W każdym razie wampiry są w mainstreamie tym czym nagość w Cannes, więc pozostaje się z tym pogodzić. Ludzie zawsze lubili bajki i tak już pozostanie i to nieważne, w jakim wieku są. Mamy, więc tandetne mormońskie książki/filmy jak "Zmierzch”, które wyewoluowały w takie opowieści jak "Czysta Krew" czy wspomniane wcześniej "Pamiętniki..." Nie wolno także zapominać o wcześniejszych klasykach jak "Dracula" F. Coppoli czy może "Wywiad z wampirem".

Jeżeli ktokolwiek widział serial o Henryku VIII albo Downton Abbey i to lubił może już szykować zapasy popcornu, bo szykuje się niezła produkcja. Niewątpliwym atutem Henryczka był jego główny aktor, czyli Jonathan. Bardzo fajna produkcja z fantastycznymi aktorami (szczególnie zapadła mi w pamięć Natalie Dormer - pewnie, dlatego że lubię takie niebezpieczne kobiety). Jeżeli chodzi o Downton Abbey to ujęło mi się ciepło i jakaś niespotykana miłość pomiędzy bohaterami. Chociaż historia była na swój sposób naiwna wyrażam się o produkcji w samych superlatywach. A czemu o tym mówię? Bo Jonathan wystąpi w serialu o Draculi gdzie producentami będą ludzie od Downton Abbey.

Koniec z nastolatkami z małych miasteczek i średnio rozgarniętymi kelnerkami z pubów dla kowboi. Nareszcie ktoś weźmie na warsztat pierwotną historię. Mam jedynie nadzieje, iż będzie to opowieść mroczna a scenariusz będzie inteligentny, bo Jonathan dokładnie do takich ról się nadaje. Obawiam się jednak, że sam serial będzie cukierkowaty, ponieważ ideałem dalej pozostają dwa klasyki wspomniane wyżej. W każdym razie zobaczymy

Poniżej trailer



Pilecki i kolejna awanturka

sobota, 18 maja 2013 Category : , , , , , 0

Ostatnio głośno się zrobiło o sprawie rotmistrza Pileckiego. W środowej "Polityce" pojawił się artykuł prof. Andrzeja Romanowskiego, który wywołał prawdziwą burzę zarówno w komentarzach prywatnych jak i w prasie. Odnoszę wrażenie, iż w tej awanturze zabrakło zwykłego zdrowego rozsądku a ci, co się w tej sprawie wypowiadają grają zwyczajnie na emocjach.

Historia życia tego człowieka mogłaby być opowiedziana na tysiące sposobów. W końcu każdy naród potrzebuje bohaterów a już sama działalność konspiracyjna rotmistrza jest wyjątkowo imponująca, nie wspominając o słynnym oświęcimskim wyczynie. Jak wszyscy wiemy Polska Ludowa gnoiła na wszelkie możliwe sposoby każdego, kto działał w podziemiu za czasów II wojny światowej, a tacy właśnie ludzie byli świadomi, czym jest Związek Radziecki i jak szkodzi Polsce. Dlatego historie ludzi, którzy byli skazywani po wojnie jest podwójnie dramatyczna. Nie dziwi mnie, więc fakt, iż IPN a także inne instytucje chcą wspominać i opowiadać o tych wielkich osobistościach.

 Artykuł Polityki

Pan profesor postanowił przeanalizować album, który został upubliczniony ku czci naszego bohatera przez wydawnictwo wyżej wspomnianego instytutu. Dodam, iż sam instytut ma bardzo dużo publikacji na jego temat, co specjalnie nie dziwi. Cały szkopuł polegał na tym, iż w treści książki pojawiły się zdjęcia przedstawiające obszerne zeznania na temat siatki osób działających w podziemiu. I tutaj pojawiło się pole do komentarza, ponieważ na ten temat autor albumu się NIE WYPOWIEDZIAŁ. Mamy zdjęcia zeznań, ale kompletnie żadnej analizy ze strony autora publikacji. Dochodzi, więc do absurdalnej sytuacji gdzie mamy dokumenty i żadnej praktycznie wzmianki na ich temat. I na tym skupił się pan profesor. Historia to cholernie złożona nauka, czasem faktycznie przypomina mi wróżenie z fusów. To nie jest matematyka gdzie w układzie kartezjańskim dwa plus dwa równa się cztery. W historii ważne są okoliczności, miejsca, charaktery, przypadki, zbiegi okoliczności i tak dalej. Nie można swojego osądu opierać na jednym papierku, ale także nie można go pomijać. SPRAWA JEST ZBYT DELIKATNA. I tak IPN w glorii i chwale opisuje rotmistrza zapominając o dwoistości ludzkiej natury i pomijając pewne szczegóły. I na tym właśnie oparł się pan profesor w swoim artykule.

Nie będę sie łudzić prasa tez potrzebuje sensacji. Show musi być i na pewno tez i na to liczyli wydawcy Polityki. No niestety takie mamy czasy, co mnie oczywiście martwi, ale z potrzebą robienia rabanu nikt nie wygra.

Odpowiedź niezależni i portalu wpolityce.pl

Reakcję można było przewidzieć natychmiast. Szok, oburzenie i skandal to mało. Oczywiście zmieszano z błotem samego autora i jego przypuszczenia. Ogólnie ludzie i społeczeństwa lubią mieć nieskazitelnych bohaterów. Tak było od średniowiecza. Lubimy patrzeć na takich ludzi, jakimi de facto sami chcielibyśmy być. Osobiście jestem zdania, iż najlepszy człowiek to ten, który pomimo swoich wielkich dokonań ma swoje wady i nawet jest w stanie się do nich przyznać i je zaakceptować. Sam autor przyznał w Polityce, że "Rotmistrz Witold Pilecki, w Polsce Ludowej skazany na karę śmierci, dziś słusznie uznawany jest za bohatera narodowego". To oczywiście nie oznacza, że był czysty jak łza. Sam autor nie ma także pewności. Po prostu były papiery mówiące o tym i o tym wiec profesor z nim polemizował. Prawicowi publicyści zaczęli zachowywać się tak jakby ktoś skrzywdził im matkę. Nie wiem jak można być tak butnym by nie widzieć dwoistości różnej natury, ale czego ja wymagam od prawicy skoro oni widzą albo czarne albo białe.

Pozwolę sobie na cytat z portalu "Wpolityce.pl"

Prof. Romanowski miotając ciężkie oskarżenia pod adresem „historyków IPN”, choć autorem albumu jest tylko jeden z nich (rola Janusza Kurtyki ograniczyła się do napisania kurtuazyjnego wstępu), nie zadał sobie trudu obejrzenia całej dokumentacji dotyczącej śledztwa bezpieki wobec grupy Pileckiego. Do formułowania kulawego skądinąd zarzutu o „manipulowaniu przeszłością” pod adresem instytucji, w której pracuje ponad dwustu badaczy wystarczyła mu reprodukcja dokumentów na kilku stronach albumu. Jeśli to właśnie nie jest manipulacja, to, co nią jest?

Chwileczkę, z tego, co mi się wydaje nie każdy ma dostęp do archiwów IPN. Wiec skoro dostępu nie mamy to posiłkujemy się na opracowaniach naukowych, a te powinny być sporządzane przez specjalistów. Kto miał kiedykolwiek doczynienia ze środowiskiem akademickim i metodologią pisania prac naukowych zdaje sobie sprawę, iż tego typu rzeczy to mają być suche fakty a nie bajka dla dzieci. Skoro istniały dokumenty mówiące to i to, to, czemu nikt o nich w albumie nie wspomniał. Nauka i prace naukowe to nie są hymny pochwalne, ale fakty a o tym szczególne pracownicy IPN chyba zapomnieli. Profesor nie chciał zdeptać legendy Pileckiego, ale wytknął metodologiczne błędy samych autorów.

Argumentacja ze strony publicysty była taka, iż taka nieskazitelna osoba nie mogła wydać współpracowników, a jeżeli takie dokumenty się pojawił to świadczy to o tym, iż Pilecki prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, iż tamci taką wiedzę posiadają. To była czysta taktyka ze strony osadzonego. I taka jest właśnie ich teoria. Po pierwsze wiec zadaje pytanie: czy mają na to jakieś dowody? Opieranie się tylko na tym, że "taki nieskazitelny człowiek nie może wydać" są zwyczajnie głupie i bezpodstawne, bo wiezienie ubeckie może złamać każdego. Osobiście jakby się okazało, że zostałam wydana ubecji, bo koledze z konspiracji wbijano kije w odbyt a także wyrywano paznokcie to jasnym jest, iż nie miałabym pretensji. Nikt do końca nie wie, co działo się za murami tych okropnych miejsc. Teoria mówiąca, że Pilecki sypał już na pierwszym spotkań i tu jest tak samo możliwa, iż to, że zeznania wymuszono to tymi torturami. Już dzieci w szkołach ucząc się na j. polskim o Alinie i Balladynie a także o Jagnie z „Chłopów” maja za zadanie zrozumieć argumentację jednych i drugich i uczą się o tej właśnie dwoistości ludzkiej natury. Szkoda, iż ci publicyści o tym zapomnieli.

Kwintesencją tej awantury jest sugestia ze strony wpolityce.pl ze sam autor publikacji z tygodnika polityka SUGERUJE, iż Pilecki był gejem, ponieważ pisał do naczelnika listy wierszem. Paranoja pełną gębą. Już pomijam, iż inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę, iż nawet jakby Pilecki po domu chodził w różowych spódniczkach i miał kokardki we włosach to byłby nie mniejszym bohaterem niż jest. Dla prawicy jednak widzę bycie gejem to gorzej niż bycie mordercą i pedofilem w jednym. Taka sytuacja ;)

Podsumowanie:

Pozwolę sobie wypunktować swoje osobiste wnioski:

1. Pilecki był niewątpliwe bohaterem.
2. Pilecki, (co wskazują dokumenty) złożył zeznania, w których jasno poinformował o tym jak działają struktury podziemia
3. Pilecki na pewno był maltretowany w więzieniu, bo sam o tym powiedział
4. Nie mamy pewności jak doszło do napisania tych zeznać, ale Pilecki je napisał, podpisał i to jest fakt naukowy.
5. Pilecki też jest człowiekiem i popełnia błędy
6. Pilecki nie był nadczłowiekiem, bo tacy ludzie nie istnieją.
7. A nawet, jeżeli Pilecki ich wydał to nie umniejsza to jego zasług, jakie poczynił wcześniej
8. Pracownicy IPN dali ciała w tej publikacji robiąc z tego literaturę piękną a nie pracę badawczą (w tym konkretnym przypadku tej konkretnej kontrowersji)


Rzekłam

PS: Notkę pisałam wczoraj w pracy a dopiero dzisiaj znalazłam odpowiedź profesora która pokrywa się z tym co mówię w niniejszym poście ;)

Tolerancja - cz. 1 - Dawcy

piątek, 26 kwietnia 2013 Category : , , , 0

Z natury staram się być tolerancyjna. Co nie znaczy, że wszystko mi się podoba jednakże fakt, iż nie przepadam za smakiem owocu kiwi nie spowoduje, iż będę oponować za zakazaniem sprzedaży tego smakołyku. W każdym razie staram się jak mogę rozumieć poglądy innych ludzi czasem poprzez ciche przyzwolenie lub niekontynuowanie dyskusji.

Jest jednak parę tematów, których nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w wyniku kłótni z kimś na jeden z nich skończę zakuta w kajdany w policyjnej suce. No cóż. - Jak to się w moich kręgach mówi "smuteczek” :P
 
Pamiętam to jak dziś. Złożyłam wniosek o specjalne papierowe karty dla potencjalnych dawców organów. W tamtych czasach (a było to  z 5 lat temu) przysyłano ich z dziesięć albo dwadzieścia z miejscem na wpisanie nazwiska. Postanowiłam rozdać to moim znajomym. No i tutaj pojawił się problem.

Mam styczność zarówno z policjantami jak i strażakami oraz pracownikami służb medycznych. Mylnie byłam przekonana, że blankiety rozejdą się jak świeże bułeczki. Najpierw zaskoczył mnie kolega strażak, który stanowczo odmówił wypełnienia karty. Argumentacja byłą mniej więcej taka, iż obawiał się, że może zostać zamordowany albo być źle leczony w szpitalu w celu nielegalnego handlu organami. Chwile później pojawiła się nasza krnąbrna koleżanka, która z kolei zakomunikowała, że sobie nie życzy by ktoś ją "rozwalał na części". Dodam w ramach otuchy, iż karty rozeszły się jak świeże się wśród pielęgniarek - koleżanek mojej znajomej, ale niesmak pozostał.

Nie potrafię tego zrozumieć. O ile obawy o morderstwo w karetce - chociaż szokujące jestem w stanie, jako tako przyswoić (po aferze łowców skór nic mnie nie zdziwi) tak argumentacja (nie będę ukrywać) nieszczególnie lubianej znajomej mnie załamała.

To wszystko chyba, dlatego, iż należę do osób, które starają się jednak z ludźmi dzielić. Taki za przeproszeniem - trup - nie potrzebuje w mojej ocenie nerki, wątroby czy serca. O ile dramatyczne są często okoliczności śmierci to, jako matka czy krewna takiej osoby jestem przekonana byłabym dumna z pomocy udzielonej osobom trzecim. W Polsce pomimo faktu, iż istnieje centralna ewidencja osób niezgadzających się to i tak decyzja często należy do rodziny ofiary. Problem w tym, że rodzina ma to za przeproszeniem w dupie a lekarze boją się procesów sądowych. Minister Ziobro niestety też swego czasu doprowadził do załamania transplantologii w naszym kraju. Lekarze się boją, rodzice ignorują wole swoich zmarłych a karawana jedzie dalej.

To skoro nie zgadzamy się na oddawanie organów swoich bliskich to po pierwsze powinno się egzekwować postanowień wspomnianej ewidencji a po drugie te osoby, które nie chcą oddawać swoich organów powinny mieć odcięty dostęp do ewentualnych przeszczepów w przyszłości. Brzmi brutalnie, ale taka jest prawda. Nie umiem być wobec takich ludzi wyrozumiała i nie mam takiego zamiaru. Hipokryzja wielu z nich jest dramatycznie wielka.

Dzisiaj na stronach www.dawca.pl można wypełnić odpowiedni blankiet a przyślą ci specjalną kartę oraz np. silikonowe obrączki tudzież przypinki. Jednocześnie na stronach www.dkms.pl można zarejestrować się, jako potencjalny dawca szpiku. To dopiero jest double fun, bo dzięki poświeceniu jednego dnia można komuś dać drugie życie i nic przy tym nie stracić.

Taka jeszcze jedna anegdotka. Kiedy pochwaliłam się w pracy (a co się będę chować) jednej z praktykantek swoimi kartami z dkms i dawcy dziewczyna faktycznie zainteresowała się fundacją zajmującą się chorymi nią białaczkę, ale zadała jedno pytanie "Czy potem ewentualnie mogę się nie zgodzić na bycie dawcą?". Reakcja gdybym miała możliwość byłaby taka:

 


I to by było na tyle

Cierpienie w mediach

czwartek, 25 kwietnia 2013 Category : , , , 0

W jednym z ostatnich numerów Polityki ukazał się artykuł pt. "Wybory podatkowe" (niestety dostępny tylko dla abonentów Piano - lub dla wielbicieli papierowego wydania). Redaktorzy przedstawiają działalność kilku fundacji, które ich zdaniem warto wesprzeć. Mnie jednak zainteresowało jedno określenie, które pozwolę sobie zacytować:

" Zaczyna się doroczny marketing nieszczęść. Znów wolno nam wybrać, komu przekażemy 1 proc. podatku. I znów większość pieniędzy trafi do fundacji, które najlepiej się zareklamują."

Fundacje

Marketing nieszczęść. Trudno się z tym nie zgodzić. Od początku roku o dotowanie fundacji proszą nas praktycznie wszyscy od aktorów poprzez sportowców na celebrytach kończąc. A jest, w czym wybierać. Najbardziej chwytające za serce są reklamy o osobach chorych, niepełnosprawnych, czyli tych, na których godne leczenie nie stać państwa. Przez coś takiego powstała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy - bo inicjator - znany i lubiany (acz porywczy) Jurek Owsiak - był załamany stanem szpitali, kiedy zachorowała jego córka. Czasami bywa, iż właśnie doświadczenia osób znanych skutkują bardzo trafnymi inicjatywami. Fundacja  Ewy Błaszczyk "Budzik" ukończyła niedawno budowę specjalnego pawilonu dla dzieci w śpiączce przy CZD w Warszawie. Córka aktorki kilkanaście lat temu zachłysnęła się wodą, kiedy chciała popić tabletkę, przez co wiele lat byłą w stanie śpiączki (obecnie jej stan się poprawił - trudno to nazwać wyzdrowieniem ale śpiączka to tez nie jest). Przykładów jest bardzo dużo. W każdym razie w gazetach pełno jest w tym okresie reklam, w telewizji spotów i duża ilość wywiadów. Status organizacji pożytku publicznego reguluje ustawa tak, więc dotować może zarówno osoby chore jak i fundacje o charakterze społecznym czy nawet OSP czy tym podobne.

Nieszczęście, więc czasem staje się sprawą marketingu. Fundacja chce pozyskać dotacje, więc przekazując nam informacje na temat swojej działalności chcą nas złapać za przysłowiowe serce. Poznajemy, więc imiona i nazwiska chorych, ich historie i cierpienie. Osobiście przypomina mi to żebractwo, ale oczywiście w słusznym celu. To trochę uwłaczające, gdy ci ludzie muszą praktycznie publicznie błagać o swoje życie, gdy to państwo powinno im tą opiekę zapewnić. Inną kwestią jest niestety kulejąca kondycja służby zdrowia, malwersacje i niestety nieciekawe dylematy NFZ-tu, który musi wybierać, kogo ma leczyć a kogo nie. Nie zapominajmy jeszcze o fundacjach, które na marketingu opierały całą swoją nadzieje na rozwój. Słynny "Maciuś”, który praktycznie wszystkie dotacje przeznaczał na działania marketingowe postawił wszystko na jedną kartę. Nie jestem w stanie powiedzieć, co było pierwsze jajko czy kura. Czy to najpierw oni przedstawili ten swój żenujący raport o głodzie a potem o niegospodarność oskarżył ich wojewoda czy na odwrót? Prywatnie mi się wydaje, iż niedoświadczeni pracownicy tej fundacji najpierw postawili na marketing i na drogą szwajcarską firmę by pozyskać darczyńców a potem pewnie chcieli dotować te obiady. O intencjach pewnie się nie dowiemy (no chyba, że będzie jakaś sprawa sądowa). Ostatnio głośno zrobiło się o kobiecie, która udawała, że ma raka w celu wyłudzenia pieniędzy. Myślę, że w perspektywie czasu w końcu trzeba będzie weryfikować te publiczne zbiórki, co oczywiście jest korzystne dla tych, którzy nie oszukują. Pytanie tylko czy wróci społeczne zaufanie.

Ale wracając do samej idei nieszczęścia takie właśnie emanowanie i informowanie społeczne, o niedoskonałościach jest mam wrażenie społecznie akceptowane. I chyba nikt nie ma z tym jakiegoś mówiąc prostacko "moralnego problemu".

Aha i żeby była jasność mi to nie przeszkadza, bo widzę w tym większy cel. Tak samo nie chce by nagle media przestały informować, że problemów nie ma, bo takie udawanie, że wszystko jest w porządku jest po prostu żałosne.

Informacje

Skoro już mowa o cierpieniu to mamy tego pęczki gdzie tylko się da. Nie licząc polityki to chyba ulubiony i najbardziej chodliwy temat. Relacje z katastrof, wypowiedzi poszkodowanych, krew, odłamane kończyny. To jest to. Jedną kwestią jest fakt, że w dobie dzisiejszych mediów - gdzie plotka na twój temat potrafi okrążyć glob trzy razy zanim zdążysz zawiązać buty - informacja przechodzi bardzo szybko. I nie dziwię się też dziennikarzom, bo na tym polega ich praca. Jedyne, co mnie autentycznie wkurwiło to było wielkie biadolenie nad trzema śmiertelnymi ofiarami, (których zaznaczam cały czas mi szkoda tak samo jak poszkodowanych - a także ich rodzin) maratonu, kiedy w Afganistanie amerykańskie wojska znowu się machnęły i ostrzelały wesele i zginęło chyba z 50 osób. Tam to było takie "ojtam ojtam" - talibowie albo ich wina albo "no przecież tam jest wojna". W Bostonie natomiast ofiary zyskały imię i nazwisko, mamy ich zdjęcia, relacje rodzin. W Afganistanie jest statystyka.

Teraz coraz większa grupa osób zaczyna się przyzwyczajać do tego typu rzeczy. Nie robi to powoli na nas żadnego wrażenia i może niebezpiecznie doprowadzić do zaniku jakiejś empatii w społeczeństwie. Jednocześnie zastanawiam się jak wpływa na nasze postrzeganie świata. Jak te złe informacje wpływają na nasz odbiór rzeczywistości? Czasem sama mam wrażenie, że takie pozytywne wesołe newsy są trywialne i bez znaczenia. Jakiś czas temu obiło mi się o uszy, że w jakimś afrykańskim państwie władca chciał wymusić na mediach podawanie większej ilości pozytywnych informacji. No można się śmiać, bo możliwe, iż w kraju źle się działo i ten ktoś chciał wpłynąć na nastroje społeczne, ale gdyby było inaczej, gdybyśmy umieli cieszyć się z drobnych rzeczy i także słyszeć o tym w mediach?

Po przebrnięciu przez to wszystko mogę dojść do tego, o co mi w założeniu chodziło.

Celebryci i osoby publiczne.

Materiału jest tyle, że nie wiem, od czego zacząć. Istota cierpienia ma się do mediów tak samo jak wybuchy radości, ale gdy chodzi o osoby publiczne robi się z tego istna wieża Babel.  Problem pojawia się wtedy, gdy tego użalania się jest za dużo albo, gdy jest to kłamstwo lub taktyka np. rozwodowa. Potocznie nazywamy to zwykłym "praniem brudów".

Tylko czy na pewno? Osoby publicznie to niewyhodowane w laboratoriach NASA szczury, ale część społeczeństwa. I chociaż różnią się od nas mogą zasobnością portfela spotyka ich to samo, co nas. Istota  jest taka, że o ich porażkach bębnią media przez długie tygodnie. Wielu z nich oczywiście zbija celowo lub przypadkowo swój kapitał. Chociażby partnerka Macieja Dowbora, która w czasie rozstania z ojcem swojej córeczki brylowała praktycznie cały czas w mediach. Swoją drogą nie przypominam sobie by jakoś uzewnętrzniała się na ten temat, ale i tak zbiła na tym niezłą forsę. Prywatnie zaznaczam, iż uważam ją za jedną z najbardziej sympatycznych osób w polskiej telewizji, ale nie czarujmy się, ta intensyfikacja jej obecności zaczęła się właśnie od jej osobistej tragedii. Inny z brzegu przykład: sprawa rozwodowa pani Figury. Słynna rozmowa u Lisa kompletnie zbiła mnie z tropu. Najpierw jej uwierzyłam, ale z biegiem czasu zaczęło mi to przypominać grę aktorską. Z jednej strony dobrze, że mówi się o przemocy w rodzinie, ale cholera wie czy nie było to taktyczne zagranie przez rozpoczęciem procesu rozwodowego. Na stronach plotkarskich, więc aż roi się od dramatów. Przykłady można mnożyć i mnożyć. Tylko, czemu w wydaniu osób znanych mam cały czas wrażenie, iż mam doczynienia z hipokryzją? Nie mam zielonego pojęcia.

Cierpienie w ich wydaniu ma dwojakie znaczenie. Jednym pozwala poczuć się paradoksalnie "lepiej" a innym może dodać otuchy. Nie zapominajmy, że dla dużej części naszego społeczeństwa te osoby publiczne, aktorzy czy właśnie celebryci są jakimś substytutem przyjaciół. Interesujemy się ich życiem z tą samą gorliwością jak podglądamy sąsiadów przez okno lub podsłuchujemy ploteczek w kolejce. Czasem jednak porażki innych sprawiają nam przyjemność a czasem do granic możliwości irytują.

I na tym polega cały problem. Czy jest to wstydem rozdrapywanie publiczne swoich porażek i klęsk, konfliktów i może warto mówić także o cieniach życia by taki przeciętny Kowalski nie czuł się w tym osamotniony. Gdzie przebiega granica pomiędzy informacją a zatraceniem dobrego smaku i użalaniem się. Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć.

W każdym razie cierpienie napędza media, tworzy miejsce na debatę a także w przypadku niektórych osób wywołuje zadowolenie, że "inni mają gorzej". Co by nie było w mediach istnieć będzie zawsze. Ciekawe tylko, do czego będzie wykorzystywane w przyszłości? Kto wie

Obsługiwane przez usługę Blogger.